Zanim rozpocznę tę historię opowiem coś o sobie i moim mężu.
Oboje jesteśmy z wykształcenia i predyspozycji inżynierami.
Tak więc - właśnie jak większość właścicieli kotów - niewiele mamy wspólnego z medycną,
chyba że jako pacjenci. Gdy się poznaliśmy, ja miałam czteroletniego
czarnego kota dachowca. Mój luby natomiast hodował w mieszkaniu wykarmioną
od pisklęcia kawkę, której rodziców nie udało się odnaleźć mimo wszelkich
starań i która nie nadawała się już do życia na wolności.
W wyniku tego
mariażu my zamieszkaliśmy z kotem a kawka z mamą męża - tam gdzie się
wychowała i była regularnie przynajmniej raz na tydzień odwiedzana. Drugi
kot przybłąkał się do nas "w prezencie ślubnym" - trzy/czteromiesięczny
szkielecik wdrapał się na taras i po prostu zemdlał.
Nazwaliśmy go Tytus (jedyne imię na jakie zareagował brzmiało Tyfus i niestety bardzo pasowało
do jego nędznego wyglądu).
Były lata osiemdziesiąte.
Do naszy drzwi pukały następne zwierzaki w
potrzebie... Nawet w Warszawie nie było łatwo tak po prostu znaleźć dobrego
weterynarza specjalizującego się w kotach. Raczej można było usłysześ tekst
"pani... niech sobie pani da spokój z tym kotem, ja jutro pięć takich pani
przywiozę".
I wtedy trafiliśmy pod opiekę pani doktor Konarskiej-Szubskiej, wielkiego
autorytetu wśród hodowców kotów rasowych.
To był dla nas prawdziwy przełom, który w pełni docenłam dopiero po wielu
latach. Pani doktor po zdiagnozowaniu u przywiezionego kociaka zapalenia
oskrzeli, wypisała mi receptę na penicylinę krystaliczną (!) z nowokainą i
autorytatywnie stwierdziła: - Hodowca musi umieć wszystko! Po czym przeszłam
dosłownie trzyminutowy kurs "na sucho" aplikowania lekarstw do oczu i uszu,
mierzenia temperatury i na koniec robienia zastrzyków podskórnych i
domięśniowych :-O
Czarno mi się zrobiło w oczach, ale naprawdę miałam tę penicylinę robić w
domu, aby nie męczyć zwierzęcia dojazdami, przez następne trzy tygodnie.
Nie - do dzisiaj nie przyzwyczaiłam się do robienia zastrzyków ani nie
poczuwam się do tego abym nabrała rutyny. Zawsze bardzo to przeżywam. Ale
właśnie dzięki naukom pani Konarskiej, której oddaję tu prawdziwy hołd, mój
Ramzik dożył 15.lat chorując na FIV.
Po tym przydługim wstępie - HISTORIA RAMZESA-RAMZIKA chorego na FIV.
... osieroceni po śmierci dachowca Tytusa, zostaliśmy sam na sam z młodym
białym kociakiem perskim Pusiem ciężko chorym na zaawansowane odwapnienie
kości.
Chyba nie przesadzę stwierdzając, że cała nasza trójka zaczęła
popadać w lekką depresję. Drugi kociak był potrzebny dosłownie "na
lekarstwo".
Znajomi skontaktowali nas z ludźmi, do których przybłąkała się
kotka w zaawansowanej ciąży. Urodziło się kilka maleństw, jedno czarne -
pojechaliśmy natychmiast. Ku na szemu zdumieniu na podwarszawskiej posesji
przywitał nas... biały pers - Agata. Lepiej nie mogło się przytrafić! Kiedy
maluch dorósł do przeprowadzki, to prawie jej nie zauważył.
Dla niego nasz
Pusio był ciągle jego Agatą! Dla niego było oczywiste, że "ciocia" musi się
z nim bawić. Było to zbawienne. Nasz nieruchawy, nie poddający się
rehabilitacji białasek musiał się pozbierać aby o pół roku młodszy Ramzik
nie wlazł mu na głowę.
W krótkim czasie oba koty biegały radośnie po domu i
rosły na potęgę. Jako dorosłe dochodziły w porywach do 6.kg.
Minęło może ze dwa lata. Ramzik po kastracji zaczął łapać różne infekcje.
Jak nie gardło, to układ moczowy. Znaleźliśmy się pod opieką lekarzy
niedawno otwartej niedaleko prywatnej przychodni. Leczenie tak dużego,
silnego i temperamentnego kociska było dla nas prawdziwym wyzwaniem.
Włożenie lekarstwa do pyszczka często kończyło się pogryzieniem palców do
kości.
Utrzymanie przy zastrzyku... uuuf.
Minęło trochę czasu zanim kot
zrozumiał, że nasze zabiegi nie są zamachem na jego życie, tylko chwilową
przykrością - ale zrozumiał.
Tyle że nie do końca. Karmy dla kastratów z
syndromem nigdy nie zaakceptował. Problemy z układem moczowym pogłębiały
się. Gdy kot miał 8 lat zapadła decyzja o wyszyciu cewki moczowej z powodu
zwężenia końcowego odcinka przewodu moczowego (m. in. na tle wrodzonym).
Faktycznie kot się "udrożnił". Przez najbliższe tygodnie przy siusianiu
wypłukiwał się z niego bury "szlam", który zalegał w jego zbyt wąskich
przewodach moczowych.
Następne dwa lata minęły spokojnie, aż tu niemalże z dnia na dzień kot
się pokłada, chce jeść - nie może, chce pić - ucieka od miski. O siusianiu
trudno coś powiedzieć przy kocie załatwiającym swe potrzeby na dworzu.
Lecimy do przychodni. Znowu zapalenie śluzówek w pyszczku i gadle ( i dalej
pewnie też). Kroplówka i antybiotyk w syropie - tak trochę rutynowo. Mijają
dwa dni. Żadnej poprawy, antybiotyk kiśnie w butelce. Znowu jesteśmy w
klinice, kotu już jest tak jakby wszystko jedno. Nam nie. Przede wszystkim
kroplówa z wszelkimi potrzebnymi lekami. Wymaz na antybiogram (cito). Krew
do analizy.
Nasz "lekarz rodzinny" Maciek patrzy z pod oka "wiecie...
pachnie mi to FIVem, dam zlecenie na test". Na kroplówkach dociągamy do
odbioru wyników - dosłownie wyrywamy je z faksu. Antybiogram wykazuje
jakiego mieliśmy pecha: bakterie i grzyby są czułe na wszystkie antybiotyki
z wyjątkiem tego jednego, który podaliśmy. FIV - potwierdza się. FeLV - nie.
Prawdę powiedziawszy niewiele nam to mówi - nie znamy się na tym, nie chcemy
się znać, my tylko tak bardzo chcemy żyć!!!
Wracamy do domu z kuracją
ustawioną od nowa i numerem telefonu do domu naszego doktora.
Późnym wieczorem nasz kocur, wydawałoby się spokojnie śpiący, zaczyna
umierać w strasznych mękach. Tego się nie da opisać. Doktor Maciek na
szczęście mieszka w tej samej dzielnicy - jest za dwadzieścia minut.
Kot już
"nie kontaktuje", jest sparaliżowany, klatka piersiowa faluje bezładnie.
Patrzymy na lekarza błagalnie "nie męczmy go już więcej", w powietrzu wisi
decyzja ostateczna.... Doktor bardzo delikatnie osłuchuje kota na podłodze.
Bada go prawie nie dotykając aby nie sprawić bólu. I wtedy słyszymy "jeszcze
nie teraz, jest szansa". Leci szpryca przeciwwstrząsowa "niewiemczego" (na
pewno silny steryd), siadamy i czekamy. Po pół godzinie kot przeczołguje się
metr i zwija w "mufkę". Około północy zostajemy z pęczkiem strzykawek
napełnionych lekami i instrukcją ich podawania.
Prawdę powiedziawszy z następnych dni niewiele pamiętam. Kot był tak
słaby, że kłuło się go zastrzykami jak poduszkę. Karmienie łyżeczką po
troszeczku. Leki zadziałały dosyć szybko. Po kuracji antybiotykami, jeszcze
przez jakiś czas robiliśmy zastrzyki ze sterydu i innych składników.
Mieliśmy to przerwać po miesiącu. Nie udało się, bo stan zapalny w pyszczku
natychmiast chciał się odnowić. Kot został na sterydach podawanych co cztery
dni. Oczywiście to wszystko pod okiem doktora Maćka, który dopiero po dwóch
latach powiedział nam, że nie dawał kotu więcej niż parę tygodni (no może
miesięcy) życia.
A kot żył i miał się bardzo dobrze jeszcze pięć lat, przynajmniej jeśli
chodzi o samopoczucie. Gdy ustąpiły różne trapiące go dolegliwości, stał się
łagodnym i radosnym zwierzakiem. W końcu to było dla niego najważniejsze.
Dosłownie każdy miesiąc życia był mu "darowany", więc odpuściliśmy te
wszystkie jazdy na badania okresowe, które choremu kotu należałoby
przeprowadzać. "Minimum stresu maksimum witaminy M" - to było główne
zalecenie.
Opieka nad Ramzikiem nie była uciążliwa. Ponieważ zastrzyki bezpośrednio
działały na jego samopoczucie, bardzo szybko "wygłówkował", że należy się o
nie samemu upominać i podstawiać.
Miał je dostawać co cztery dni, a już
trzeciego dnia przy śniadaniu stawał się "namolny". Do strzykawki łasił się
jakby była napełniona walerianą. Poza tym wystarczyło tylko: pomagać w
utrzymaniu futerka, zapewniać ciepłe miejsca w chłodne dni (pod
promiennikiem albo na poduszce elektrycznej) i miseczki postawić na
podwyższeniach bo staruszkowi było trudno się schylać.
Ekstra bonusikiem
było spanie w łóżku w objęciach ukochanego paneczka i przejażdżki samochodem
(na kolanach paniusi) po podwórku od samej bramy pod wiatę.
Organizm Ramzika jednakże "wypalał się" - trudno to nazwać inaczej. W
wieku 15.lat kot dszedł dosyć łagodnie w naszych ramionach i pod opieką
doktora Maćka.
Poniżej mozna zobaczyć jak Ramzes reagował na zastrzyki - nie były dla niego żadną torturą, cierpieniem.
Wiedział że są warunkiem jego dobrego samopoczucia i wręcz się o nie dopominał.
Mam nadzieję że opisana tu historia naszego kocurka będzie dowodem na to że zaistnienie przewlekłej choroby i konieczność jej leczenia, podawania leków, zastrzyków - nie może być wytłumaczeniem dla pochopnego podjęcia decyzji o eutanazji.
Większość kotów bez problemu odnajduje się w nowej sytuacji a umiejętność samodzielnego wykonywania zastrzyków i pewnych zabiegów typu podawanie kroplówki przez opiekuna znacznie znosi uciążliwość takiej długotrwałej kuracji.